51. FESTIWAL POLSKICH FILMÓW FABULARNYCH, Gdynia: Ojczyzna przez ścianę a potem już tylko fluidy

Kiedy trzy lata temu pojawiły się coraz bardziej natarczywe sygnały ostrzegawcze, że pandemia bezpowrotnie zamknęła dobrą dekadę polskiego kina, sygnalistów takiego stanu rzeczy po prostu zbywano lub reagowano obrażonymi minami.

Bo przecież realizowano coraz więcej filmów, a w rodzimej kinematografii przekraczanie planu przerobu środków czyli parcie na ilość pozostaje wciąż najważniejszym wskaźnikiem oceny aktualnego stanu. Dramatyczne pytanie byłej szefowej PISF-u, wygłoszone podczas forum SFP w Gdyni a dotyczące tego, czym polska branża filmowa ma zachęcić polskich widzów do powrotu do kin po pandemicznej zapaści, pozostało właściwie bez odzewu. Odpowiedzią było zwiększenie produkcji i przekroczenie wszystkich zdroworozsądkowych barier, dzięki czemu w 2025 powstały nad Wisłą, UWAGA!!!, 72 filmy fabularne.

Nie zadziałał ani instynkt samozachowawczy ani zdrowy rozsądek. Dużo i byle jak, bez adresata i dla nikogo, bez troski o poprawność warsztatową, czy jakakolwiek oryginalność opowiadania i jego bohaterów bo w katalogi pomysłów od lat dominują obrazy własnej traumy domowej lub autoterapii na dowolny temat.

Nie ma myślenia o odbiorcy, rozpoznaniu jego oczekiwań i potrzeb, zastanawianiu się jaki dać u pretekst do wydania kilkadziesiąt złotych na kinowy bilet  Tym maja się zając dystrybutorzy, bo u nas producent zajęty jest wyłącznie rachunkami i szczęśliwym dotarciem do końca projektu oraz rozliczeniem go w rozsądnym terminie. A czy jego film odniesie sukces frekwencyjny czy jak znakomita większość z aktualnej produkcji w ogóle nie trafi na ekran to problem z gatunku marginalnych.

Choć realizuje się wciąż za dużo filmów ale już mniej niż rok., dwa lata temu, branża jak to ma w zwyczaju nie specjalnie ciekawi się brakiem widza dla swych dzieł zaś całą parę zużywa na narzekanie na wszystkich i na wszystko oraz poszukiwanie środków na swe kolejne złe i bardzo złe projekty, o niczym i dla nikogo!

Skoro widz nie chce oglądać naszych filmów, to tym gorzej… dla niego. Bo my dzięki schizofrenicznemu systemowi oceniania projektów, obowiązującemu w najważniejszej instytucji rozdzielającej publiczne środki na produkcję filmową, albo sami oceniamy projekty kolegów albo oni oceniają nasze, co tworzy naturalny i jakże korzystny dla wszystkich układ naczyń, pardon, związków i zależności połączonych.

Szefowie stacji telewizyjnych i platform streamingowych mają zaś odpowiednio ustawione kwalifikatory polityczne albo komercyjne, pierwsi selekcjonując propozycje wedle potrzeb czy zapatrywań politycznych swych patronów, drudzy oczekując wyłącznie koncepcji na niewyszukana rozrywkę bo ona gwarantuje odpowiednią frekwencję, a ta reklamę.

A ZA ROK…?

Nagrodzony przez środowisko dwa lata temu wszystkimi możliwymi nagrodami „Kos” Macieja Maślony, zebrał w kinach ledwie 250 tysięcy widzów ale nie słychać było o fali samobójstw w gronie państwowych i prywatnych producentów, którzy na dziwny projekt niewątpliwie uzdolnionego ale mocno nieuporządkowanego reżysera wydali ponad 23 miliony złotych. On sam, niezrażony frekwencyjna klęską choć nawet dziesięciokrotnie większa  byłaby  rozczarowaniem, ale przecież wygrał Gdynię, dostał od kolegów Orly a od tzw. krytyków filmowych Złote Taśmy itd. bez trudu namówił szefów bogatej platformy na kolejny drogi i równie zakręcony myślowo projekt czyli własne reminiscencje na temat prusowskiej „Lalki”, z której dla współczesnych wątków fabularnych wziął tylko kostiumy z epoki  i bohaterów. Zaproszony do dyskusji na Forum SFP o powodach kryzysu, w jakim znalazło się polskie kino, oczywiście nawet nie zająknął się nad własnym zanikiem słuchu na potrzeby i oczekiwania widzów

Po ubiegłorocznej, jubileuszowej edycji FPP w Gdyni w pamięci co bardziej wrażliwych gości pozostały cztery tytuły („Kafka”, „Chopin, Chopin” „Ministranci” i „Dom dobry”,  może jeszcze „Brat” z konkursu głównego i 1-2 z Panoramy). Z tegorocznej już tylko dwa, o których niżej no i znowu 1-2 z Panoramy. A zgłoszono zaś ponad 40 filmów, znowu z uporem godnym lepszej sprawy wybierając do konkursu głównego ewidentne  niewypały.  Jak choćby „Zima pod znakiem wrony” Kasi Adamik, który od lutowej premiery obejrzało w polskich kinach, UWAGA!!!, nieco ponad 8 tysięcy widzów albo Janusza Zaorskiego „Syrenkę Picassa”, do której zły scenariusz nigdy nie powinien zostać zrealizowany.  Autor tej ramoty a przecież firmował w przeszłości ważne a nawet wybitne jak „Matka Królów” filmy, we wspomnianej dyskusji winę za niepowodzenia rodzimej kinematografii zrzucił na leniwych biurokratów PISF- u i krytyków filmowych, którzy jego zdaniem, nieudolnie lub w ogóle nie spełniają swej roli.

Pawlikowski, Smarzowski, Domalewski, Smoczyńska, Komasa, Matuszyński, a ze starej gwardii Holland i Bajon, może jeszcze Szumowska, Kwieciński  i Machulski… Niewielka grupa filmowców, którzy utrzymują polskie kino na artystycznej i frekwencyjnej powierzchni.

Aspirujący do niej niewątpliwie  Jan Holoubek postanowił nadrobić czas stracony podczas operatorskiego fragmentu swej kariery, więc reżyseruje teraz bez wytchnienia co oczywiście musi przekładać się na jakość i poziom.

„Dziki, dziki Wschód”, otwierający z pompą tegoroczną Gdynię okazał się porażką warsztatową i fabularną. Reżyser nie czekał na końcowy werdykt (jego propozycja nie dostała zresztą żadnej nagrody) bo własne kończy następny serial i zaczyna pracę nad kolejną fabułą, ale gdyby przeczytał uważnie recenzje zagranicznej prasy po premierze Dzikiego… na festiwalu w Toronto, to niewątpliwie zrobiłby sobie dłuższa przerwę.

POŁOWA POŁOWY

Spośród 16 filmów (ledwie połowa spełniała kryteria profesjonalnego projektu) zakwalifikowanych do konkursu głównego tegorocznego FPFF, jak się rzekło, tylko dwa/trzy tytuły można oceniać i traktować  jako przemyślane propozycje dla widza wrażliwego, świadomego i oczekującego poważnego traktowania.

Laureat Złotych Lwów (na czele, jak zawsze na tym festiwalu, dziwacznie skompletowanego jury, stał Krzysztof Zanussi), zrealizowany według własnego scenariusza film Macieja Sobieszczańskiego „Przez ścianę”, to oparta na prawdzie opowieść o narodzinach uczucia, zrodzonego w ekstremalnych warunkach stalinowskiego więzienia i ograniczonego przez kilkanaście miesięcy wyłącznie do komunikacji przez tytułową ścianę. Alfabet morse`a ułatwił „rozmowę” dwojga młodych ludzi, którym nowa , powojenna władza postanowiła udowodnić, że będzie rządzić terrorem i kłamstwem i może zgnoić każdego.

Film Sobieszczańskiego ogląda się z rosnącym napięciem a potem ze ściśniętym gardłem, w zupełnej ciszy i skupieniu.  I z zaszklonymi oczami, kiedy Wiesława i Jan wreszcie mogą się zobaczyć i nie stukaniem  przez ścianę wyznać sobie miłość.  A na pewno trzeba otrzeć łzy i uśmiechnąć się z ulgą, kiedy na ekranie pojawia się informacja, że  autentyczni bohaterowie opowieści, Wiesława Pajdak i Jan Śmiechowski, przeżyli ze sobą 55 lat.

Staranna reżyseria, precyzyjny montaż Nikodema Chabiora , mistrzowskie, czarno- białe zdjęcia Jolanty Dylewskiej (zasłużona nagroda) i prawdziwa kreacja Marii Dębskiej (niezauważona przez jury!!!) , która nie tylko dominuje na ekranie ale też daje dowód rozwoju swego talentu, to niewątpliwe walory „Za ścianą”. Zaskakująco udanego i dojrzałego filmu, ledwie drugiej, po udanym „Bracie”- co warto podkreślić, bo drugie filmy to prawdziwy sprawdzian talentu i osobowości twórcy- fabuły w dorobku  reżysera.

„Ojczyzna” Pawła Pawlikowskiego (pierwszy z prawej, dalej autor zdjęć Łukasz Żal) była od początku naturalnym i oczywistym faworytem gdyńskiego konkursu, a każda jej projekcja odkrywa nowe szczegóły mistrzowskiej pracy wybitnej postaci europejskiego kina. Bo tak właśnie traktowany jest w branży i przez uczulonych na jakość widzów Paweł Pawlikowski, dla studentów szkól filmowych, prawdziwy wzorzec z filmowego Sevres. Nagrodę za reżyserię potraktować trzeba jak swego rodzaju małostkowość ze strony przewodniczącego jury, który o pozycji i uznania dla pracy PP, mimo zrealizowania przez siebie kilkudziesięciu tytułów, mógłby tylko pomarzyć.

W tymże konkursie jeszcze „Fluidy” młodej reżyserki, Marii Wider, która znalazła w zgranym do imentu motywie wchodzenia w dorosłość, nowe wątki i możliwości filmowej obserwacji.

Trudno w innych niż ciemne barwy rysować polską filmową przyszłość. Oczywiście w wydaniu fabularnym bo polski dokument, animacja i krótkie formy, przeżywają nieustanny boom, dostarczając od dwóch dekad  propozycje najwyższej jakości, docenianych przez branże a przede wszystkim widzów.

JANUSZ KOŁODZIEJ