Za rok czeka nas w Toruniu pewnie wielka feta, bo przecież bez niej nie może odbyć się żadna, szanująca się impreza filmowa, której stuka ćwierćwiecze istnienia. Ale tu już przed przyszłorocznym jubileuszem można bez obawy o klakierstwo napisać, że BellaTOFIFEST to festiwal z więcej niż dobrą przeszłością i świetnie rokująca przyszłością, który nie okazał się jeszcze jedną filmową efemerydą powołaną do życia kaprysem lokalnej władzy czy pomysłem grupy amatorskich entuzjastów.
Ma swoje miejsce na festiwalowej mapie, ani przez moment nie próbuje konkurować z jesiennym gigantem czyli Camerimage, buduje swą pozycję i rangę świadomie, skupiając uwagę przede wszystkim na programie, ludziach kina i publiczności.
W życiorysie toruńskich spotkań z polskim i światowym kinem były okresy zawirowań, choćby tych, spowodowanych przenosinami na październikowy termin czy pandemią, ale ostatnie kilka wydań, zasłużyło niemal wyłącznie na świetne oceny branży i publiczności, środowiska filmowego i gości.
Na wszystkich, także Niepokornych (nagrodzona czwórka aktorów na zdjęciu), działa prawdziwa magia wyjątkowego miejsca, miasta Kopernika i legendarnych pierników, zadbanej starówki i dobrego uniwersytetu , bogatej i różnorodnej oferty kulturalnej, którą na co dzień wspiera i promuje samorząd. Toruń aspiruje zasłużenie do modelowego przykładu dobrego i umiejętnego wykorzystania koniunktury gospodarczej, napędzanej funduszami europejskimi. Potwierdzają to zachwyty turystów z całego świata, ale też specjalistów wielu dziedzin, ludzi nauki i kultury. W tym oczywiście filmu!
ON AIR
Pod takim hasłem odbywa się konkurs międzynarodowy toruńskiego festiwalu, na który złożyło się 12 wyselekcjonowanych propozycji z całego świata. Gdyby spróbować znaleźć dla nich wspólny mianownik to z pewnością byłoby to „życie we wszystkich jego wymiarach i barwach”, obserwowane przez pryzmat dokonań konkretnych ludzi. To cecha współczesnego kina, obok spektakularnych widowisk i historycznych wycieczek w przeszłość, autorzy uważnie przyglądający się i słuchający ekranowych bohaterów.
W dzisiejszym świecie, w którym Multi kulti staje się normą a nomadzi to wielomilionowa społeczność, nie mogą dziwić powroty do korzeni, dzieciństwa, rodzinnych stron. Czy będą one, jak z filmu Geneviève Dulude-De Celles „Nina Rosa” (Kanada/Belgia/Bułgaria/Włochy) próbowali pogodzić przeszłość z teraźniejszością i namacalną prawdę z internetowa kreacją? Czy z kolei jak w życiu węgierskich emigrantów w Kanadzie – „Blue Heron” Sophy Romvari, pojawiają się zaskakujące watki tłumaczące po części skrajne zachowania najstarszego z dzieci, które również mają źródła w przeszłości rodziców?
Kino nie odwraca się placami do aktualnych konfliktów ale nie rekonstruuje konkretnych epizodów czy zdarzę ale diagnozuje ich wpływ na życie tzw. zwykłych obywateli. Liban jest tu najlepszym przykładem tego, jak toczona od lat wojna religijna wywołana przez cynicznych polityków albo zaślepionych ideologią duchownych, determinuje zachowania i demoluje ludzkie losy. Miłość Nino i Yasminy rozgrywa się na tle tragedii pogrążającej libańska stolice , muszą dokonywać skrajnych wyborów ale żaden z nich nie będzie dobry. Pokazany już na wielu festiwalach świata „A Sad and Beautiful World” (Liban/Stany Zjednoczone/Niemcy/Arabia Saudyjska/Katar) zostaje w pamięci także dzięki aktorstwu pary odtwórców głównych ról i urodzie Mounii Akl.
I jeszcze „w temacie powrotów” serbski „Yugo Florida” Vladimira Tagića, historia wspólnej po latach podróży w rodzinne strony starego, chorego ojca i jego porzuconego kiedyś syna, która staje się okazją do podsumowań i rozliczeń ale też poznania prawdy o sobie samym.
Wycieczkę w przeszłość tuż przedwojenną na szwajcarską prowincję zabrała widzów Marie-Elsa Sgualdo. Jej „Silent Rebellion” (Szwajcaria/Francja/Belgia) to opowieść o młodej, wrażliwej dziewczynie, której już na wstępie do dorosłego życia, przychodzi się zmagać z trauma gwałtu. Protestancka, zachowawcza społeczność nie akceptuje buntu, za cnotę uważa za to poprawność w każdej dziedzinie.
Konkursowe zaskoczenie to fińsko- norweski „A Light That Never Goes Out” Lauri-Mattiego Parppei, dowodzący na przykładzie losów pewnego klasycznego muzyka, przeżywającego kryzys twórczy, że los ma niekiedy zaskakująco skuteczne lekarstwo na frustracje i niepowodzenia. I znowu, jak w tym innych obrazach, pretekstem do zmian jest powrót do miejsc ukochanych.
W głównym konkursie znalazł się również polski obraz- „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”, podpisany przez Emi Buchwald ale wbrew temu, co twierdzą media zbliżone do SFP i uznające go za najlepszy debiut ostatnich lat, nie wstrząsnął w Toruniu ani jurorami ani publicznością. Podobnie stało się zresztą podczas odbywającej się równolegle 55. edycji Lubuskiego Lata Filmowego w Łagowie.
FROM POLAND
15 fabuł, w tym uznane i nagrodzone jak „Farnz Kafka” Agnieszki Holland, „Dom dobry” Wojciecha Smarzowskiego czy „Ministranci” Piotra Domalewskiego, ale też wciąż czekające na kinową premierę, a zrealizowane przed rokiem „Człowiek do wszystkiego” Anny i Wilhelma Sasnalów czy debiut Zuzanny Grabowskiej „Droga rzadziej przemierzana”.
W zestawie także kompletnie nieudana bo źle napisana i zrealizowana „Zima pod znakiem wrony” Kasi Adamik, której udało się zgromadzić ledwie kilkutysięczną widownię w polskich kinach, czekający na jesienną konfrontacje z widzami pół amatorski „Klarnet” Toli Jasionowskiej i wyrób filmopodobny czyli „Wielka Warszawska” Bartłomieja Ignaciuka.
Można się oczywiście aplikować z pretensjami do organizatorów, że powyższą piątkę zakwalifikowali do konkursu ale przecież wybierali z tego, co oferuje aktualnie nadwiślańska kinematografia. A ona od pandemii nastawiona jest wyłącznie na ilościowe wykonanie planu przeróbki środków dostępnych na produkcję filmową o jakości nie wspominając a o adresacie już w ogóle bo nasi twórcy i producenci reagują alergicznie na pytania o potencjalnego odbiorcę swych działań.
Toruńska publiczność festiwalowa, bo to ona jest zbiorowym ale jedynym i wyłącznym jurorem konkursu From Poland bardzo zdecydowanie wskazała na film Piotra Domalewskiego, dobre recenzje wystawiając także propozycjom tandemu Holland- Smarzowski oraz filmowi Łukasza Palkowskiego „Pojedynek”.
Przypomnijmy, bo ta polsko- irlandzko- ukraińska produkcja miała już swą premierę na początku tego roku i zgromadziła w kinach przyzwoite ponad 135 tysięcy widzów, że to historia rozgrywająca się w pierwszych kilkunastu miesiącach ostatniej wojny, kiedy sowiecki okupant próbował spośród wziętych do niewoli oficerów, pozyskać dla swych celów wybranych przedstawicieli polskich elit kulturalnych i naukowych. Tytułowy pojedynek toczą w obozie jenieckim, inteligentny i sprytny oficer NKWD i młody polski pianista, któremu wojna przerwała świetnie rokująca karierę światowej gwiazdy.
Dobre role Aidana Gillena i Jakuba Gierszała i reszty obsady aktorskiej, zdjęcia Piotra Sobocińskiego jr i więcej niż poprawna reżyseria- to niewątpliwe walory filmu Palkowskiego.
W Toruniu potwierdził swą wysoką jakość dokument Michała Marczaka „Bez końca”, wyróżniony już wcześniej na imprezach filmowych w Salonikach i Warszawie a tu Nagrodą im. Ryszarda Bugajskiego za reżyserię.
CYMELIA
Spośród kilkudziesięciu filmów pokazanych podczas 24. BellaFTOFIFEST w sekcjach dodatkowych toruńska publiczność mogła wybrać między innymi trzy świetne filmy zagraniczne, zrealizowane w udziałem polskich twórców.
Z bardzo dobrym przyjęciem spotkała się „Ojczyzna” Pawła Pawlikowskiego, laureata nagrody za reżyserię na ostatnim festiwalu w Cannes i wcale nie tylko potencjalnego kandydata do nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej. Pokazowi towarzyszyło spotkanie z producentką tego filmu, Ewa Puszczyńską, która potwierdziła, że nie tylko potrafi robić wybitne filmy ale też o nich zajmująco opowiadać. Zaś pytania i wątki poruszone przez słuchaczy każą wierzyć, że inteligentne, wrażliwe kino wciąż może liczyć nad Wisłą na pozytywny odzew.
Tu także szwajcarskie „Wilki” Jonasa Urlicha z bardzo dobrym występem Bartosza Bieleni oraz włoska „Isolda” Nory Jänicke z pozostającą w pamięci rolą Joanny Kulig (na zdjęciu z Fanny Ardant).
Pokazu Specjalnego doczekał się francusko- łotewsko- niemiecki „Minotaur” Andrieja Zwiagincewa, który po cudem ocalonym życiu podczas pandemii i kilkuletniej przerwie zachwycił filmowy świat przenikliwą i wstrząsająca w przesłaniu opowieścią o swych byłych rodakach (sam mieszka od kilku lat we Francji). Ich reakcje i zachowania po rosyjskiej agresji na Ukrainę polskiego widza nie mogą zaskoczyć ale nie pozwolą o sobie zapomnieć.
Janusz Kołodziej
