Jubileuszowe wydanie legendarnego festiwalu polskich debiutów filmowych nie przyniosło brawurowych odkryć, błyskotliwych szarż czy narodzin nowych gwiazd, bo… Bo przecież nigdy temu nie służyło i pod tym względem nic się nie zmieniło. Podobnie jak obecność „starych” przyjaciół festiwalu, wśród których zabrakło w tym roku niestety, Bożeny Dykiel.
A koszalińskie spotkanie „Młodzi i Film” to właśnie bardziej spotkanie w kręgu nowych znajomych w branży, poznanie nowych twarzy i nazwisk, pomysłów i koncepcji a wcale nierzadko, o czym przekonuje historia, autentycznych talentów, których debiuty pozostają w pamięci. Tak, jak pierwsze pamiętne filmy Agnieszki Holland, Wojciecha Marczewskiego czy Filipa Bajona (cała trójka pokazała swe debiuty podczas 7 wydania festiwalu w roku 1979 !!!) a potem choćby Smarzowskiego, małżeństwa Łazarkiewiczów, Czekaja czy von Horna.
Coroczna wizyta na środkowym Pomorzu, choć sam Koszalin już od nieszczęsnego dworca kolejowego coraz bardziej oddala się od swej kolorowej przeszłości, to obowiązkowy punkt na filmowej mapie dla wszystkich, których interesuje i po prostu przejmuje los młodego polskiego kina.
I pod tym względem 45. edycja nie zawiodła oczekiwań, pojawiło się bowiem sporo dobrych, interesujących propozycji (uwaga dotyczy przede wszystkim dokumentu, animacji i krótkich fabuł), których autorów łączy ciekawość świata, umiejętność obserwacji ludzkich emocji, chęć opowiedzenia swojej historii a chwilami nawet widoczny nieuzbrojonym okiem talent narracyjny czy estetyczny.
SILVER I INNE METALE SZLACHETNE
„Silver”- wspaniały dokument Natalii Koniarz do długiej już listy wyróżnień na całym świecie (m.in. Kraków, Turyn, Ryga, Zagrzeb, Los Angeles), dopisuje kolejne nagrody (za najlepszy dokument i zdjęcia Stanisława Cuskego) w Koszalinie, a jury tak je uzasadniło: Za film, który w pełni przynależy do sali kinowej. Obraz pozostawiający przestrzeń dla interpretacji, ufający wrażliwości, empatii i inteligencji widza. Wciągający w hipnotyczną i immersyjną podróż, jednocześnie w głąb i ku powierzchni, prowadzoną za pomocą niezwykle szlachetnych środków filmowego wyrazu.
Coś dodać? Na pewno profesjonalną cierpliwość autorów dzięki czemu bohaterowie szybko zapominają o obecności kamery i nieuleganie pokusom realizacyjnej brawury, jakie stwarzała przyroda i warunki realizacji. To dobry przykład dzisiejszej kontynuacji najlepszych dzieł prastarej szkoły polskiego dokumentu, rodem z Karabasza, Łomnickiego, Kieślowskiego czy Łozińskich.
I zaraz potem równie świetnie przyjęty i również nagrodzony (za reżyserię) film „Dziecko z pyłu” Weroniki Mliczewskiej, który wcześniej zachwycił jurorów i publiczność m.in. festiwali w Mediolanie i Salonikach. Komentarz do nagrody brzmi: Za film, który opowiada ważną i głęboko poruszającą historię poszukiwania relacji pozwalającej na nowo zdefiniować własną tożsamość. Dzięki konsekwentnie prowadzonej narracji i dramaturgicznej zręczności możemy współodczuwać z Sangiem oraz towarzyszyć mu w niełatwej próbie odnalezienia siebie. (…) To film, który przypomina o wyjątkowej sile dokumentu z jego zdolnością wydobywania i wzmacniania historii tych, których głos pozostaje często niesłyszalny, a los niezauważony. Dziękujemy reżyserce za uważność w dostrzeżeniu tej opowieści oraz za świadome kształtowanie jej na każdym etapie: od scenariusza po montaż.
I znowu, jak wyżej tylko i aż pochwała pracy dobrze pomyślanej i wykonanej, pełnego filmowego profesjonalizmu i wartej zauważenia znakomitej rodzinnej współpracy reżyserki z autorem zdjęć Mykaelem Lypinskim.
„Kumotry” Emilii Śniegoskiej to brawurowo sfilmowana sekwencja z długiego życia i równie długiej przyjaźni ponad siedemdziesięcioletnich już teraz dziewczyn z rumuńskiej, położonej w Karpatach wioski, które przeżyły niejedno a teraz same, bo mężowie im pomarli a dzieci wyemigrowały w świat, ani myślą o rozstaniu z sobą i otoczeniem. Mały świat ale dużo mądrych słów, wielkie serca i kino, które się pamięta.
Nie do końca można się jednak zgodzić z nagrodami i zachwytami nad dokumentem „Znaki Pana Śliwki” Urszuli Morgi i Bartosza Mikołajczyka, bo to dość dziwaczny portret znakomitego grafika i twórcy legendarnych, o niemal światowej sławie znaków. Znaleźć je można w posągowych katalogach i galeriach całego świata, wspominają o nich w szkołach artystycznych i akademiach ale nie dowiemy się tego z ust autorytetów czy historyków sztuki, nie poznamy ich drogi na szczyt bo… Bo autorom wydało się, że najlepszy będzie starszy pan mówiący nieskładnie do kamery i nakręcone amatorską ręką zapiski z jego dawnych i współczesnych spotkań domowych i rodzinnych uroczystości oraz obrazków rodzajowych. To nie filmowy portret klasyka ale reportaż dla regionalnej telewizji o niedzielnym twórcy.
MROKI, LAS, KRÓLESTWO I DUCHY
Debiutujący w pełnometrażowej fabule poddali tym razem cierpliwość i tolerancję widowni dużej próbie, może uważając, że młodość musi się ekranowo wyszumieć a na prawdziwe kino „dla ludzi” przyjdzie czas.
Może przyjdzie, może nie przyjdzie. Ostatnia dekada przyniosła kilka spektakularnych dowodów na to, że prawdziwe schody zaczynają się pod pierwszym filmie. Reżyserka „Wieży…”, obwołana kiedyś w Koszalinie odkryciem dekady, autorką nowego języka filmowego i nadzieją polskiego kina, szybko sprowadziła pochlebców na ziemię pokazując pełen warsztatowych błędów i pretensjonalny do bólu „Monument”, po którym od prawie dziesięciu lat nie zrealizowała kolejnej fabuły. Na pewno nie pomogły jej także bełkotliwe wypowiedzi o powinowactwie swego debiutu z prawdziwą sztuką.
Inny pupil koszalińskiej i nie tylko tamtejszej widowni, bo zdobył „Chlebem i solą” kilkanaście nagród festiwalowych na całym świecie, postanowił sprawdzić wytrzymałość odbiorców na zestaw składający się z dyżurnego tematu (wojna w Ukrainie) potraktowanego banalnym scenariuszem i takąż realizacją. „Pod wulkanem” obejrzało w Polsce tylko kilka tysięcy widzów, zagraniczni dystrybutorzy także szybko stracili zainteresowanie tym obrazem. Na razie cisza o dalszych planach sezonowego „mistrza”.
Kilka pokazywanych w konkursie głównym 45. edycji MiF obrazów ma niewielkie szanse na kinową a nawet telewizyjną dystrybucję, bo albo są zbiorem mniej lub bardziej udziwnionych scen i kompozycji wizualnych jak „Las” Joanny Zastróżnej, albo próbują nas postraszyć zagrożeniem ze strony paramilitarnych, faszyzujących bojówek jak „Królestwo” Michała Ciechomskiego albo jak w „Mrokach” Bartosza Szyszko ani nie bawią ani nie przerażają ani nie proponują w ogóle nic poza rosnącą irytacją.
W tym zestawie mocną pozycję zajmuje pół amatorski „Klarnet” Toli Jasionowskiej, który jednak jesienią tego roku, dzięki firmie Mayfly pokaże się widzom ale raczej nie porwie tłumów.
Tylko trzydzieści kilka tysięcy widzów kupiło bilety na lansowany bez umiaru przez media zaprzyjaźnione ze Studiem Munka i SFP obraz „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” Emi Buchwald. Nagrody w Gdyni i lawina nominacji do Orłów oraz komunikaty, że to obraz niewątpliwie uzdolnionego ale trochę choć sympatycznie pogubionego pokolenia, które reprezentuje czwórka rodzeństwa, nie sprawiły, że rówieśnicy bohaterów ruszyli masowo przed ekran. Głos pokolenia okazał się cichym piskiem i nie pomogą tu wszystkie zaklęcia, jakich się używa, by przekonać nas jacy to fajni bohaterowie mieszkają na Dobrej. Raczej niezdolni do samodzielnego życia, wciąż niedorośli a na ekranie z minuty na minutę niestety coraz bardziej irytujący. Młoda reżyserka mówiła w licznych wywiadach o magii, która pojawia się w jej opowieści i niestety grozi realizacją kolejnych magicznych projektów.
Jury koszalińskiego festiwalu poddało się tej magii przyznając filmowi Buchwald Wielkiego Jantara za debiut ale publiczność i dziennikarze mieli inne typy. Pierwsza przyznała swą nagrodę pełnometrażowej animacji Grzegorza Wacławka i Marty Szymańskiej „Chłopiec na krańcach świata”, drudzy wyróżnili debiut Martyny Byczkowskiej i Kai Zalewskiej „Le petite mort” z takim uzasadnieniem: Zdecydowaliśmy się nagrodzić odważny głos, który szepcze, krzyczy, kłamie, a to wszystko po to, żeby powiedzieć prawdę. Głos, który w trakcie mówienia poszukuje swojego języka. Przypomina jak wiele możliwości daje sztuka montażu i konsekwentnie zrealizowany koncept. Nagroda za najlepszy pełnometrażowy debiut fabularny idzie do tytułu, który w nadzwyczajny sposób ubiera osobisty manifest w język sztuki współczesnej i to ubiera go na czerwono. W taki właśnie sposób rodzą się artystki kina: Martyna Byczkowska i Kaja Zalewska. La Petite Mort.
Przypomina się przy okazji tegorocznego werdyktu, zlekceważony kompletnie w Koszalinie`2019 a od początku przeznaczony dla bardzo konkretnej grupy „Proceder” Michała Węgrzyna, który zaraz potem bez trudu zgromadził ponad półmilionową widownię. Może obraz dwóch utalentowanych dziewczyn, powtórzy ten sukces?
Janusz Kołodziej
